Zaczytuję się we wspomnieniach o Magdalenie Samozwaniec i Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jest cudnie.
"Wracając kiedyś z Krakowa do Bukaresztu zimą, Madzia poznała w pociągu olbrzymiego wzrostu Rumuna, z szeroką, rudą brodą, typowego bojara w zasobnym futrze do ziemi i wielkiej skórzanej czapie. [...] Rumun, prowadząc rozmowę na wyższym poziomie, nie spuszczał z Madzi lepkiego wzroku i wciąż oblizywał tłuste, pełne wargi. Co chwila kładł wielką, wypielęgnowaną łapę z palcami pełnymi kosztownych pierścieni na jej ręce, gdy ją cofała, przyciskał twarde jak drewniane bale nogi do jej kolan. Był jak olbrzymi, nachalny piec, który nie daje człowiekowi zjeść spokojnie. [...]
-Niech pani poda mi swój adres w Bukareszcie - zamruczał.
- A po co?
- Je vous aime... - i przymknął w rozmarzeniu wyłupiaste oczy koloru cojki.
- Nie dowie się pan nigdy mojego adresu.
- Zobaczymy...
[...] Kilka dni później, gdy Madzia po południu siedziała zupełnie sama w całej willi, coś zatupało i zadudniło na werandzie, po czym wielki i groźny, w futrzanej szubie do kostek, wtargnął do saloniku ów rudowłosy Rumun. Wyglądał jak stare wizerunki mołdawskich bojarów. Ruda broda migotała metalicznym blaskiem w świetle zachodzącego słońca, na rzęsach miał szron, na ustach obleśny uśmiech. Bez słowa przywitania porwał ją w swoje niedźwiedzie ramiona, przyciskając mocno. Zdołała mu się wyrwać i wówczas zaczęła się dzika gonitwa naokoło stołu. Już wielkie białe łapsa miały ją dosięgnąć, ale jeszcze zdołała mu się wyrwać i wówczas wielkie łapska miały ją dosięgnąć, ale jeszcze zdołała mu się wymknąć. Była blada i naprawdę przerażona, bo to nie był już człowiek, ale jakiś straszliwy mechaniczny golem. Nagle zazgrzytał klucz w drzwiach wchodowych. To Jaś, jedyny w tej chwili ratunek, wracał z jakiejś konferencji.
- Mój mąż przyszedł - krzyknęła przez stół.
Olbrzym momentalnie uspokoił się, widocznie przyzwyczajony do tego rodzaju sytuacji, odsapnął i ciężko usiadł na krześle.
Żaden mąż, ujrzawszy obcego jegomościa w futrze i czapce na głowie, w towarzystwie swojej żony, nie może doznać innego uczucia jak tylko zdziwienie. Patrząc na niego ze zdumieniem, nie dostrzegł bladej twarzy żony i jej rozburzonej fryzury.
Rudowłosy wstał i przedstawił mu się.
- Poznałem pańską żonę kilka dni temu w pociągu jadącym do Bukaresztu. Miała cały czas migrenę i bardzo źle się czuła. Przyszedłem zapytać o jej zdrowie.
- A skąd pan znał nasz adres? Czy żona panu podała?
- Nie. Pańska żona mi tego nie powiedziała... Ale są inne sposoby, a ja jestem człowiekiem upartym - w tym miejscu pokazał w uśmiechu ostre wilcze zęby - Wy, cudzoziemcy, macie na policji swoje kartoteki. Opisałem im dokładnie pańską żonę, dałem bakszysz i w ten sposób uzyskałem adres państwa.
- Ale że panu chciało się zadawać tyle fatygi... (Niedomyślność mężów polega zwykle na tym, iż nie wierzą, aby ich żony mogły się komuś do tego stopnia podobać. Jest to jak gdyby skromność wynalazcy.)
- Czegóż się nie robi dla pięknych dam, z którymi się tak miło podczas podróży gawędziło....
- Mam nadzieję - rzekł uprzejmie mąż Madzi - że nas pan jeszcze kiedyś odwiedzi?
[...] Gdy wyszedł, Jaś rzekł do żony:
- Wiesz, Madziątko, bardzo mi się spodobał ten rudobrody bojar. Wyjątkowo dobrze wychowany pan... "