wtorek, 25 lutego 2014

poniedziałek, 24 lutego 2014

Czas nie uczy mnie niczego. Nic nie zapisuję, nic szczególnego nie rysuję, nie robię zdjęć. Na starość obudzę się z ręką w nocniku (zakładając, że w ogóle jej dożyję), z Alzheimerem, bez wspomnień, bez pamięci, bez strzępków, które dają nam jakieś iluzoryczne poczucie tego, kim jesteśmy.

Wychodzą ze mnie potwory, stwory, krasnoludy, gnomy i węże. Nie umiem zapanować nad moim językiem, bezwolnie oblepionym goryczą, i nie wiem jak długo inni będą to znosić. Plącze mi się w głowie, przewraca, mózg robi koziołki i stroi sobie ze mnie żarty. Nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, jak bardzo marzę o myślodsiewni, do której mogłabym powrzucać to wszystko, co uciska nerwy, spowalnia reakcję, odrzuca od rzeczywistości i zamyka oczy. Moje myśli biją mnie po twarzy, uderzają tak mocno, że widzę rumiane odciski ich małych rączek na moich policzkach. Piętnują wszystkie koła ratunkowe, odcinają kawałek po kawałku i czuję się jak w jakimś XIX-wiecznym balonie, gdy ludzie przecinają sznurki, by załoga mogła się wznieść.

Przez to wszystko człowiek staje się bezwolny, spowolniony, potłuczony i porozrzucany. Tylko co z tym zrobić? Jak się posklejać w całość, jak przestać żyć wewnątrz swojej głowy i jak przestać jak mantrę powtarzać wciąż te same słowa? Gdy teraz o tym myślę, chyba dobrze, że zaczynam ciężki semestr, z ogromną ilością rzeczy do nauczenia, od których nie ma odwrotu - może to mnie odciągnie od samej siebie, zagłuszy  dzikie harce i krzyki martwej głowy. Sama jestem dla siebie ciężarem, sama przygwoździłam się do skorupy ziemi i tak plączę się tu, czołgam i zataczam. Wszystko na moje wyraźne życzenie, a wręcz wewnętrzne poczucie, że tak powinno być, że tak powinnam cierpieć z powodu samej siebie, że tak należy, gdy jest się mną. Żałośnie śmieszna męczennica z wyboru.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Minęły całe wieki - godziny, dni, tygodnie odkąd się tutaj pojawiłam. Jak widać, mam duże problemy z regularnością i dzieleniem się myślami buchającymi wewnątrz mojej głowy w rozsądnych odstępach czasowych.

To moje życie ma małe nóżki i czasem szybko nimi przebiera. Ostatnimi czasy - pędziło jak szalone i niepowstrzymane wrzucało mnie w ten szalony, ludzki pęd ku następnym wschodom słońca. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie - z chwil, gdy brakowało tchu, całe ciało opanowało drżenie komórek obrzmiałych przerażeniem i smutkiem do momentów bezczelnego, czystego szczęścia. 

Egzaminy, kartki, książki, długopisy, spocone dłonie, skulone plecy i opadające powieki; odkryte obelgi i przeczytane tajemnice, papierki, wytarte łzy; samoloty, utrata grawitacji, sklejone czoła i dłonie, małe łzy, duże uśmiechy, zabawne żarty, francuskie kompromitacje, mokre nosy i złote zęby.

Wywracam to swoje życie do góry nogami, depczę smutki i znów buduję piaskowe zamki goryczy. Bardzo chcę walczyć z tym wszystkim co mnie boli, co mnie martwi, co wżera się w moją duszę. Wciąż próbuję, wciąż od nowa.

Sama nie wiem co o tym wszystkim sądzić. Jest dobrze, więc niech będzie tak już długo. Długo, dłużej, najdłużej. Najzawszej z zawszych.

Mój brat i jego narzeczona ustalają datę ślubu, pierwsze miejsca, szczegóły, gości. Dziwne to wszystko. Jakoś nigdy nie umiałam sobie wyobrazić tego, że kiedyś mój brat będzie mężem i ojcem. Że wyrośnie z bycia dużym dzieckiem, a stanie się odpowiedzialnym człowiekiem. Trochę martwi mnie to dorastanie i wypływanie na nieznane morza. Morza poważności, konkretności i schematyczności. I co potem? Pięć razy na siedem dni po osiem godzin plus kilka gratis, ta sama droga, ten sam wschód i zachód słońca, ta sama miska, talerz i widelec, budzik o siódmej piętnaście, szorowanie zębów, biała koszula czy czarna marynarka. Wielka armia szarych ludzi do których za kilka lat dołączę. Brrr.