Minęły całe wieki - godziny, dni, tygodnie odkąd się tutaj pojawiłam. Jak widać, mam duże problemy z regularnością i dzieleniem się myślami buchającymi wewnątrz mojej głowy w rozsądnych odstępach czasowych.
To moje życie ma małe nóżki i czasem szybko nimi przebiera. Ostatnimi czasy - pędziło jak szalone i niepowstrzymane wrzucało mnie w ten szalony, ludzki pęd ku następnym wschodom słońca. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie - z chwil, gdy brakowało tchu, całe ciało opanowało drżenie komórek obrzmiałych przerażeniem i smutkiem do momentów bezczelnego, czystego szczęścia.
Egzaminy, kartki, książki, długopisy, spocone dłonie, skulone plecy i opadające powieki; odkryte obelgi i przeczytane tajemnice, papierki, wytarte łzy; samoloty, utrata grawitacji, sklejone czoła i dłonie, małe łzy, duże uśmiechy, zabawne żarty, francuskie kompromitacje, mokre nosy i złote zęby.
Wywracam to swoje życie do góry nogami, depczę smutki i znów buduję piaskowe zamki goryczy. Bardzo chcę walczyć z tym wszystkim co mnie boli, co mnie martwi, co wżera się w moją duszę. Wciąż próbuję, wciąż od nowa.
Sama nie wiem co o tym wszystkim sądzić. Jest dobrze, więc niech będzie tak już długo. Długo, dłużej, najdłużej. Najzawszej z zawszych.
Mój brat i jego narzeczona ustalają datę ślubu, pierwsze miejsca, szczegóły, gości. Dziwne to wszystko. Jakoś nigdy nie umiałam sobie wyobrazić tego, że kiedyś mój brat będzie mężem i ojcem. Że wyrośnie z bycia dużym dzieckiem, a stanie się odpowiedzialnym człowiekiem. Trochę martwi mnie to dorastanie i wypływanie na nieznane morza. Morza poważności, konkretności i schematyczności. I co potem? Pięć razy na siedem dni po osiem godzin plus kilka gratis, ta sama droga, ten sam wschód i zachód słońca, ta sama miska, talerz i widelec, budzik o siódmej piętnaście, szorowanie zębów, biała koszula czy czarna marynarka. Wielka armia szarych ludzi do których za kilka lat dołączę. Brrr.