Czas nie uczy mnie niczego. Nic nie zapisuję, nic szczególnego nie rysuję, nie robię zdjęć. Na starość obudzę się z ręką w nocniku (zakładając, że w ogóle jej dożyję), z Alzheimerem, bez wspomnień, bez pamięci, bez strzępków, które dają nam jakieś iluzoryczne poczucie tego, kim jesteśmy.
Wychodzą ze mnie potwory, stwory, krasnoludy, gnomy i węże. Nie umiem zapanować nad moim językiem, bezwolnie oblepionym goryczą, i nie wiem jak długo inni będą to znosić. Plącze mi się w głowie, przewraca, mózg robi koziołki i stroi sobie ze mnie żarty. Nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, jak bardzo marzę o myślodsiewni, do której mogłabym powrzucać to wszystko, co uciska nerwy, spowalnia reakcję, odrzuca od rzeczywistości i zamyka oczy. Moje myśli biją mnie po twarzy, uderzają tak mocno, że widzę rumiane odciski ich małych rączek na moich policzkach. Piętnują wszystkie koła ratunkowe, odcinają kawałek po kawałku i czuję się jak w jakimś XIX-wiecznym balonie, gdy ludzie przecinają sznurki, by załoga mogła się wznieść.
Przez to wszystko człowiek staje się bezwolny, spowolniony, potłuczony i porozrzucany. Tylko co z tym zrobić? Jak się posklejać w całość, jak przestać żyć wewnątrz swojej głowy i jak przestać jak mantrę powtarzać wciąż te same słowa? Gdy teraz o tym myślę, chyba dobrze, że zaczynam ciężki semestr, z ogromną ilością rzeczy do nauczenia, od których nie ma odwrotu - może to mnie odciągnie od samej siebie, zagłuszy dzikie harce i krzyki martwej głowy. Sama jestem dla siebie ciężarem, sama przygwoździłam się do skorupy ziemi i tak plączę się tu, czołgam i zataczam. Wszystko na moje wyraźne życzenie, a wręcz wewnętrzne poczucie, że tak powinno być, że tak powinnam cierpieć z powodu samej siebie, że tak należy, gdy jest się mną. Żałośnie śmieszna męczennica z wyboru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz