źle mi z tym, że od pewnych rzeczy nie ma odwrotu, że nie można powiedzieć "w sumie, źle zrobiłam, to była zupełnie bezsensowna decyzja, odkręćmy to wszystko". nie, ja nie mam prawa do błędu, nie mam prawa się pomylić, przeliczyć... mój uniwersytet jest mi kulą u nogi, to jakaś zasklepiona, ociężała forma, której nie można w żaden sposób zmusić do zmiany, choćby najdrobniejszej. cuchnie naftaliną, starością, a jedyny system jaki w niej panuje to system feudalny: student - chłop małorolny - nawet nie próbuje się wdrapać wyżej, bo wie, że z góry skazany jest na niepowodzenie. to instytucja tak bardzo przesiąknięta mylnym pojęciem "tradycji", że na zajęciach wychowania fizycznego wydaje mi się, że tę piłkę lekarską kopał jeszcze żak Mikołaj Rej.
ale z dobrych wieści: jest i muzyczka!


































