woda ustąpiła. całe to napięcie, które przez ostatnie dni zbierało się nad nami, kruche jak łupina orzecha, nagle rozproszyło się, rozdarło poły niebu i wypchnęło do nas słońce z mocą greckiego boga podtrzymującego glob. zabawnie było tak siedzieć, wciąż w jednym miejscu, bez ruchu, niezmiennie i statycznie patrzeć na świat zza okna lodowatego pokoju bez promienia światła, gdy cała przestrzeń dudniła nieopisaną radością zieleni, pokusą życia, bliznami hedonizmu. czy deszcz, grad, śnieg topniejący na przykurzonym parapecie, ja wciąż, zwinięta na tronie własnej bezradności kpiłam z was wszystkich, szczęśliwych i beztroskich, was, umiejących z odwagą spoglądać na brutalne w swoim blasku słońce, was, ze zmarszczkami wydrapanymi w twarzach tępą motyką uśmiechu. beztroska kłuła pancerz mojego ciała, grzechem było chcieć więcej, marzyć i umieć żądać od losu choć życzliwego poklepania po skulonych w niemym uniżeniu plecach. coraz głębiej stapiałam się w drewnianym uścisku ze starym krzesłem, strącana w otchłań samotności z wyboru, we wnętrzu chorej głowy byłam nie Syzyfem, który, choć beznamiętnie, rozpaczliwie pogrąża się w absurdzie, walczy, nie, ja byłam głazem - ociężałym i bezwolnym, bez myśli i bez nadziei.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz