jestem chora (po raz drugi w ciągu dwóch miesięcy, moja odporność jest mistrzem świata w kategorii słabeuszy).
na całe szczęście mam obok siebie miłosiernego samarytanina, który nakarmi, napoi, przytuli i ukoi.
dobrze, bardzo dobrze.
a gdy nie choruję, uczę się francuskiego. po raz pierwszy od dawna jestem wśród innych ludzi częściej niż przez godzinę w tygodniu i wcale nie jest to tak fatalne jak się obawiałam. w końcu jakieś mentalne mini postępy.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz