sobota, 10 stycznia 2015

ostatnio spotkały mnie rzeczy nieskończenie dobre i jasne; mnie samą dziwi ten szczęśliwy przypadek 
jak błękitne i szczere spojrzenie pewnej starszej damy, z wiankiem srebrnych włosów i tak prostoduszną życzliwością, że aż ten kicz zwany wzruszeniem zaplątał mi się w gardle, podrapał powieki
i tak przez ułamek sekundy poczułam, że to ktoś najzupełniej bliski, zadziwiająco ważny, jakby serce znało ją już wcześniej; to wszystko takie dziwne, nieokreślone, bez definicji i rozsądku
i ona też mnie poznała, widziałam to w jej szklanym spojrzeniu, niemym wzruszeniu, wciąż błądzę w pamięci
a dzisiaj moje życie zmieniło się film, i to nie horror, nie żadne American Psycho czy Piknik pod wiszącą skałą
nie, to ukochana miłością ckliwą Amelia, nad którą wylałam potoki łez wzruszenia, rozgrzebując własne  marzycielstwo
pan, jeden z ludzi stojących przy Bagateli, był zupełnie nie taki, jakimi zwykle bywają tamtejsze tłumy
był to pan z akordeonem, ale nie taki, co to nauczył się czterech piosenek i wygląda na to, że wciąż jeszcze nie wykuł ich do porządku
nie, pan stał, promieniejąc radością życia, i grał
a grał piosenkę ze wspomnianej już Amelii
i nie widziałam żadnego futerału, pudełka czy kapelusza na monety od przechodniów
zaskoczona i poruszona wykrzyknęłam coś równie banalnego jak "to z Amelii!", a potem odwróciłam się (po zrobieniu kroków dziesięciu)
a pan grał dalej i uśmiechał się do mnie szeroko, i szczerze, z niewymuszoną radością, tak, jak nigdy nie uśmiechnął się nikt w mieście niestołecznym Krakowie
a ja widziałam ten bijący od niego blask, to nagle uderzenie ciepła połączone z jasnością
jasnością inną niż ziemska, niż ludzka, niż taka, którą można wyrazić słowami

ja dziś mam nastrój
(dużo bardziej niż kapkę)
sentymentalny
a piszę
żeby nigdy nie zapomnieć


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz