Oszaleję, ja miałam się zbierać do nauki, motywować, uczynić jakiekolwiek postępy, a tu nic. I jeszcze śnieg. Śnieg w kwietniu. Pogoda naprawdę ma poczucie humoru, w końcu nikt się chyba nie spodziewał, że w lany poniedziałek będziemy się co prawda oblewać wodą, ale w trochę innym stanie skupienia.
niedziela, 31 marca 2013
sobota, 30 marca 2013
Jak nie zostać Nigellą
Nadeszły święta, może niezbyt słoneczne i niezbyt radosne ale są, no trudno. Więc, korzystając z niebywałej okazji jaką są święta, Magda (czyt. ja) znalazła kolejny pretekst żeby coś upiec. A, jak wie małe grono bliskich mi osób, mam kilka ciast/deserów, które wychodzą mi bez problemu i baaardzo szeroką gamę wypieków, które okazują się kompletną klapą. Jak prawdziwa Polka, która nie uczy się na swoich błędach, zgarnęłam z ulubionej strony cudownie brzmiący przepis, kupiłam potrzebne składniki i zabrałam się do pieczenia tego słodkiego cudu natury. Jak można się było spodziewać: brownie nie urosło ( na szczęście dało się je przekroić, dzięki mamo), a karmel zbił się w jedną, wielką bryłę cukru. Nie powiem, że się tego nie spodziewałam, więc chciałam zupełnie zrezygnować, jednak do pomocy przyszła mama, która wskrzesiła (słowo bardzo na czasie) karmel na patelni, oczywiście zarzekając się, że to ostatni raz kiedy pomaga mi w robieniu jakiegoś dziwacznego, głupiego ciasta. Muszę tutaj dodać, że ma rodzicielka nienawidzi piec, po prostu nie mamy do tego ręki, a ciasta w jej repertuarze ograniczają się do ciast z owocami i murzynka. Dlatego ja, jako naczelny łasuch domu, staram się zapełnić słodyczową pustkę, robiąc różne "wynalazki", które najczęściej wyrzucam do kosza ze względu na ich niejadalność (ostatnio upiekłam taki zakalec, który w zamyśle miał być biszkoptem, wprost cały się zbił w jedną straszną masę, nawet ja nie dałam rady go zjeść, pomimo najszczerszych chęci). Dlatego każdą moją próbę można streścić krótko: podobno liczą się chęci, bez względu na rezultat - więc nadal piekę. Do czasu kiedy spalę kuchenkę i podpalę sobie włosy (co wcale nie jest takie niemożliwe).
Na koniec, jako rzecze tradycja "ctr+c & ctr+v" - Wesołych Świąt od rodziny okularników! :)
piątek, 29 marca 2013
Kocie sprawy
![]() |
| Rekonstrukcja wyglądu rzeczonego kota :) |
Jestem mistrzem traumatycznych przeżyć. Dzisiaj, wracając od mojego Przyjaciela, przybłąkał się do mnie kot. Młody, śliczny, biały z pręgowanym, uciętym ogonem, wyraźnie zagubiony. Zrobiło mi się go okropnie żal, był cały umorusany i ogarnęła mnie taka fala współczucia, że zaczęłam go głaskać (chociaż mama zawsze powtarza: nigdy nie głaszcz obcych zwierząt :). Zaczął słodko mruczeć, przytulać się, bawić, przymilać, ale ja wiedziałam, że nasze rozstanie będzie ciężkie, chociaż nie przypuszczałam, że tak bardzo. Gdy zaczęłam iść w stronę domu, młody kociak zaczął iść za mną, wyraźnie zadowolony, że podbił kolejne serce. Zrobiło mi się głupio, odwróciłam się, a ten, widząc, że na niego patrzę, zaczął biec w moją stronę (a przechodząc przez jezdnie obejrzał się czy nie jedzie żaden samochód, no przysięgam!). Był najwyraźniej przekonany, że znalazł nowy dom, który naprawdę chciałam mu dać, ale uniemożliwia mi to fakt, że zaraz wyjeżdżam na studia, całymi dniami nie ma nas w domu, a mój tata nie akceptuje żadnego zwierzątka większego od chomika, więc zupełna kiszka. Zawsze mam takie szczęście, że lecą za mną wszystkie porzucone zwierzęta, a ja, prócz czegoś do jedzenia i picia, nic innego nie mogę im dać. Kociak doleciał ze mną do domu, wręcz chciał do niego wejść, przekonany, że już tutaj mieszka. Serce mi się kroiło na części, dałam mu jedzenie i siedziałam na zimnie, głaszcząc jego umorusane futro. Rana na uciętym ogonie była jeszcze świeża, więc możliwe, że ktoś wyrzucił go z samochodu w zupełnie nieznanym miejscu, przycinając ogon - to zupełnie mnie rozwaliło. Gdy zaczął odchodzić, cały czas odwracając się, pomyślałam, że już leci załatwiać swoje kocie sprawy, weszłam do domu i przez szybę w drzwiach zobaczyłam, że przez chwilę stoi przed drzwiami. Było mi okropnie przykro, ale rodziców i brata nie umiałam przekonać do mojego planu, bo to po prostu niewykonalne. Co gorsze, wychodząc z domu z mamą, po jakiś 2 godzinach, okazało się, że kociak cały czas czekał na mnie na podwórku sąsiadów i całą drogę na przystanek leciał za nami. Nawet gdy wróciłyśmy, w świetle latarni zobaczyłam jakiś biegnący, kocio-podobny kształt. I teraz siedzę sama, bez kota czy innego zwierzaka i jest mi tak przykro, że mam ochotę rozpaść się na części. Nienawidzę takich sytuacji, bo nigdy nie wiem co zrobić. Mam nadzieję, że ktoś go przygarnął, bo jest naprawdę rozkosznym kociakiem.
Wielkie plany i wielkie nadzieje
Ostatnio, zamiast się uczyć, bo przecież to robimy całe życie i nie przeraża nas nawet wizja zbliżającej się matury (do której został nam miesiąc, ale ten smutny fakt przemilczmy) zachciało nam się podróży. Takiej ogromnej, z pompą, ale nie żadne pięciogwiazdkowe hotele, żadnych wylegiwań przy basenie, tylko słońce, zmęczenie, głód, autostop, pociągi i ludzie z couchsurfingu. Zaplanowałyśmy sobie całą podróż - z naszego miasta przez Czechy, Austrię, Słowenię, Włochy, Hiszpanię, Francję, Wielką Brytanię, Holandię i Niemcy. No tak, teraz plan wygląda super, ale wiemy, że na pewno coś pójdzie nie tak, jak chciałyśmy, więc nie zdziwi nas nawet, znając nasze zorganizowanie, jeśli dojedziemy do Turcji. :) Zrobiłyśmy listę potrzebnych rzeczy, co musimy kupić, ile pieniędzy trzeba wydać na sam ekwipunek i bilet, który pozwala na podróżowanie po całej Europie przez 10 dni. Jak można było się spodziewać, to nie jest koszt kilku złotych, tym bardziej, że sam bilet kosztuje ok. 1200zł, ale chcemy dać sobie radę, ciężką pracą w wakacje zarobić na wakacje życia. Bo przecież takie będą, już nie może być inaczej. Ale szczerze mówiąc, chyba oszaleję, jeśli będę pracować tak, jak w zeszłym roku, w Krakowie, na rynku, jako kelnerka, w restauracji, która traktowała nas jak tanią siłę roboczą. Ale czego się nie robi dla wspomnień? Jak na razie nie mam o czym opowiadać moim hipotetycznym przyszłym dzieciom, a po tym, zakładając, że nikt mnie nie zabije i nie porwie, w końcu będę guru w jakieś sprawie. Tak się cieszę, na tę podróż, że cała się trzęsę z radości i niestety zapominam o maju. Ale, ale, maturę zamierzam pokonać siłą spokoju, po pierwsze - ommmmmm.
czwartek, 28 marca 2013
Powroty
Założyłam już milion blogów. No dobrze, znowu przesadzam, ale naprawdę, ilość moich śladów w internecie jest ogromna i sama gubię się w tym gdzie i po co założyłam konto by wylewać żale (każdy ma jakieś hobby - ja wyrzucam smutki pod przeróżnymi pseudonimami przy akompaniamencie cichego pochlipywania :). Już od czasów dzieciństwa miałam taki słomiany zapał, nie potrafię zliczyć zeszytów w których zapisywałam swoje małe rozterki, denerwowałam się, wyrzucałam złość lub cieszyłam się jak szalona, więc cały czas, podczas robienia porządków, odkrywam nowe pamiętniki i umieram ze śmiechu czytając te dziecięce dramaty. Jestem uzależniona od blogów i ludzi w internecie, chociaż wiem, że każdy z nas próbuje się wybielić. Chcemy pokazać się z jak najlepszej strony, grać osobę, którą zawsze chcieliśmy być - sam fakt pisania z namysłem, długich rozważań przed opublikowaniem w obawie, że ktoś błędnie odbierze jakieś zdanie - to pokazuje jak świadomie kształtujemy swój wymyślony wizerunek. Nie zamierzam być małym ekshibicjonistą, pokazywać jakie papierki znalazłam w kieszeni czy jaki kształt ma plama po rozlanej herbacie (chociaż, znając moje wiecznie roztrzepane witki, takie zdjęcie nie byłoby trudne do zrobienia ).
Bądźcie moimi towarzyszami w podróży codziennego życia i trzymajcie kciuki za mój słomiany zapał - by tym razem się nie obudził wraz z pierwszymi promieniami słońca! :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







