Boję się śród, przerażają mnie czwartki, a piątki - dziwią.
W piątkowy poranek stwierdziłam, że, jeżeli tylko przeżyję zajęcia z j. katalońskiego i nie skompromituję się na nich bardziej niż dotychczas, idę do muzeum. Do Mocaka, Narodowego czy gdziekolwiek indziej, po prostu chcę wyjść gdzieś sama i zamknąć swoją percepcję do małych pokojów, gdzie w zupełnej intymności mogę pooddychać zakurzonym powietrzem. I tak też się stało. Dzień minął bez większych nieprzyjemności, a więc pozostało mi nacieszenie się pierwszym, łagodnie leniwym, popołudniem.
Moje nogi zaniosły mnie na Plac Szczepański, gdzie znajduje się filia Muzeum Narodowego - od dłuższego czasu chciałam tam wejść ze względu na "Szufladę Szymborskiej", ale rezygnacja, lenistwo i wszystkojedność zawsze zwyciężały. I w końcu poczułam tę nutkę ekscytacji, która towarzyszy mi przy poznawaniu jakiś nowych, niezwykłych miejsc, a do której tak bardzo było mi tęskno. Potrzebowałam znaleźć jakieś swoje nowe miejsce, takie do przygarnięcia we wnętrzu głowy, które będę sobie wyobrażać gdy będę chciała się uspokoić i przestać, z jakiegoś powodu, denerwować. Oczywiście, będąc już w środku, zaczęłam smętnie pochlipywać ze wzruszenia - p. Szymborska tak niezwykle mnie fascynuje i napawa jakimś rodzajem rozczulenia, nawet nie potrafię powiedzieć dlaczego.
Na drugim piętrze znajduje się wystawa Zawsze Młoda! Polska sztuka około 1900, zawierająca obrazy, rzeźby, rysunki polskich artystów modernizmu. Co było zupełnie niesamowite, na samym początku spotkałam tylko kilka osób, a w dalszych częściach znalazłam się zupełnie sam na sam z obrazami pochodzącymi z epoki, która zawsze wydawała mi się zaskakująca i cudowna w swojej różnorodności - od patosu do szczytów ironii i, co tu kryć, chamstwa. Ale tego ostatniego nie widać w tamtejszych wytworach sztuk plastycznych, o dzięki Bogu, a przetrwały głównie w postaci pisanej oraz ukryły się pod płaszczykiem miejskich legend. Powracając do samego tematu oglądania - po raz kolejny nie mogłam opanować łez (żenująca sprawa) i oglądałam je bardzo powoli, dokładnie, by nie przegapić żadnego szczegółu. Wyszukiwanie takich małych, błahych elementów jest niezwykle kojące, człowiek ma zabawne poczucie, że czegoś dokonał, pośrednio dotarł do jednej z naczelnych idei, poznał coś, co ukryte dla nieuważnego. Choć Platon wręcz pomiatał sztukami plastycznymi i wszelką artystyczną maścią, ja poczułam się wewnętrznie ulepszona. Jakoś pozlepiana w środku tymi nićmi ciszy, samotności w nowym, ale kojącym i bezpiecznym miejscu. Duchowe katharsis chyba jest możliwe.