czwartek, 3 lipca 2014

 
 
Zaczytuję się we wspomnieniach o Magdalenie Samozwaniec i Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jest cudnie.
 
"Wracając kiedyś z Krakowa do Bukaresztu zimą, Madzia poznała w pociągu olbrzymiego wzrostu Rumuna, z szeroką, rudą brodą, typowego bojara w zasobnym futrze do ziemi i wielkiej skórzanej czapie. [...] Rumun, prowadząc rozmowę na wyższym poziomie, nie spuszczał z Madzi lepkiego wzroku i wciąż oblizywał tłuste, pełne wargi. Co chwila kładł wielką, wypielęgnowaną łapę z palcami pełnymi kosztownych pierścieni na jej ręce, gdy ją cofała, przyciskał twarde jak drewniane bale nogi do jej kolan. Był jak olbrzymi, nachalny piec, który nie daje człowiekowi zjeść spokojnie. [...]
-Niech pani poda mi swój adres w Bukareszcie - zamruczał.
- A po co?
- Je vous aime... - i przymknął w rozmarzeniu wyłupiaste oczy koloru cojki.
- Nie dowie się pan nigdy mojego adresu.
- Zobaczymy...
[...] Kilka dni później, gdy Madzia po południu siedziała zupełnie sama w całej willi, coś zatupało i zadudniło na werandzie, po czym wielki i groźny, w futrzanej szubie do kostek, wtargnął do saloniku ów rudowłosy Rumun. Wyglądał jak stare wizerunki mołdawskich bojarów. Ruda broda migotała metalicznym blaskiem w świetle zachodzącego słońca, na rzęsach miał szron, na ustach obleśny uśmiech. Bez słowa przywitania porwał ją w swoje niedźwiedzie ramiona, przyciskając mocno. Zdołała mu się wyrwać i wówczas zaczęła się dzika gonitwa naokoło stołu. Już wielkie białe łapsa miały ją dosięgnąć, ale jeszcze zdołała mu się wyrwać i wówczas wielkie łapska miały ją dosięgnąć, ale jeszcze zdołała mu się wymknąć. Była blada i naprawdę przerażona, bo to nie był już człowiek, ale jakiś straszliwy mechaniczny golem. Nagle zazgrzytał klucz w drzwiach wchodowych. To Jaś, jedyny w tej chwili ratunek, wracał z jakiejś konferencji.
- Mój mąż przyszedł - krzyknęła przez stół.
Olbrzym momentalnie uspokoił się, widocznie przyzwyczajony do tego rodzaju sytuacji, odsapnął i ciężko usiadł na krześle.
Żaden mąż, ujrzawszy obcego jegomościa w futrze i czapce na głowie, w towarzystwie swojej żony, nie może doznać innego uczucia jak tylko zdziwienie. Patrząc na niego ze zdumieniem, nie dostrzegł bladej twarzy żony i jej rozburzonej fryzury.
Rudowłosy wstał i przedstawił mu się.
- Poznałem pańską żonę kilka dni temu w pociągu jadącym do Bukaresztu. Miała cały czas migrenę i bardzo źle się czuła. Przyszedłem zapytać o jej zdrowie.
- A skąd pan znał nasz adres? Czy żona panu podała?
- Nie. Pańska żona mi tego nie powiedziała... Ale są inne sposoby, a ja jestem człowiekiem upartym - w tym miejscu pokazał w uśmiechu ostre wilcze zęby - Wy, cudzoziemcy, macie na policji swoje kartoteki. Opisałem im dokładnie pańską żonę, dałem bakszysz i w ten sposób uzyskałem adres państwa.
- Ale że panu chciało się zadawać tyle fatygi... (Niedomyślność mężów polega zwykle na tym, iż nie wierzą, aby ich żony mogły się komuś do tego stopnia podobać. Jest to jak gdyby skromność wynalazcy.)
- Czegóż się nie robi dla pięknych dam, z którymi się tak miło podczas podróży gawędziło....
- Mam nadzieję - rzekł uprzejmie mąż Madzi - że nas pan jeszcze kiedyś odwiedzi?
[...] Gdy wyszedł, Jaś rzekł do żony:
- Wiesz, Madziątko, bardzo mi się spodobał ten rudobrody bojar. Wyjątkowo dobrze wychowany pan... "
 



 

środa, 25 czerwca 2014


czasem
gdy przed światem zasłaniam oczy
dłonią
gdy przed światłem jak Fedra mrużę
powieki
po krwi wędruje jedna myśl
co jeśli za życia jest się prochem
w co się obrócisz po swojej śmierci

a ja
gdy już zniknę
chciałabym być drzewem
o korzeniach mocnych
z żywicą zamiast krwi
rozsadzać chodniki
kruszyć mury

teraz
wątłym ramieniem
mogę jedynie pisać
wiersze wątpliwej wciąż
urody


wtorek, 24 czerwca 2014

w         końcu         upragnione          wakacje

<nieartykułowane dźwięki radości, wzruszenia i euforii>

3 miesiące przyjemności - o tym marzyłam!


Plan na najbliższe dni:
przeczytać dużo książek
poleżeć nad Wisłą
jeść lody i czereśnie
dokończyć rozpiskę piosenek
turlać się na słońcu

!

przez najbliższe 3 miesiące moje życie ma wyglądać mniej-więcej tak:

wtorek, 17 czerwca 2014


dzisiaj są moje urodziny
20*
zamierzam przeznaczyć ten czas
na głębokie filozoficzne rozważania
kim w ogóle jest kobieta zza lustra

ale pewnie i tak skończy się na tym
że będę uprawiać wielkie przemyślenia
nad kebabem i frytkami
mało romantycznie
niezbyt górnolotnie

*stary człowiek (i nie może)




wtorek, 10 czerwca 2014


Zbliża się sesja, ręce mi odpadają, masowo piję arcyzdrowy preparat muliwitamino-kofeino-pobudzająco-niesmaczno-regenerujący preparat o jakże zagadkowej nazwie "Sesja" (mówiąc potocznie, najczęściej daje dobrego kopa), ale w moim mózgu nadal pustki i przeciąg.

W każdym razie, pomimo chwilowego przerażenia, że w piątek egzamin, a ja nadal jestem w tylnej części ciała, jestem w bardzo dobrym humorze. A to wszystko dlatego, że, choć to niezwykle paranoiczne, czuję już wakacje, wolność, brak zajęć, czytanie książek, gotowanie, jeżdżenie pociągami, kąpiel w jeziorze, nogi i reszta otłuszczonego ciałka na hamaku, domowe zacisze, próby rysowania... Wszystko zapowiada się pięknie, mam nadzieję, że dożyję tego szczęśliwego czasu. :)

piątek, 30 maja 2014

źle mi z tym, że od pewnych rzeczy nie ma odwrotu, że nie można powiedzieć "w sumie, źle zrobiłam, to była zupełnie bezsensowna decyzja, odkręćmy to wszystko". nie, ja nie mam prawa do błędu, nie mam prawa się pomylić, przeliczyć... mój uniwersytet jest mi kulą u nogi, to jakaś zasklepiona, ociężała forma, której nie można w żaden sposób zmusić do zmiany, choćby najdrobniejszej. cuchnie naftaliną, starością, a jedyny system jaki w niej panuje to system feudalny: student - chłop małorolny - nawet nie próbuje się wdrapać wyżej, bo wie, że z góry skazany jest na niepowodzenie. to instytucja tak bardzo przesiąknięta mylnym pojęciem "tradycji", że na zajęciach wychowania fizycznego wydaje mi się, że tę piłkę lekarską kopał jeszcze  żak Mikołaj Rej.

ale z dobrych wieści: jest i muzyczka!










poniedziałek, 19 maja 2014

woda ustąpiła. całe to napięcie, które przez ostatnie dni zbierało się nad nami, kruche jak łupina orzecha, nagle rozproszyło się, rozdarło poły niebu i wypchnęło do nas słońce z mocą greckiego boga podtrzymującego glob. zabawnie było tak siedzieć, wciąż w jednym miejscu, bez ruchu, niezmiennie i statycznie patrzeć na świat zza okna lodowatego pokoju bez promienia światła, gdy cała przestrzeń dudniła nieopisaną radością zieleni, pokusą życia, bliznami hedonizmu. czy deszcz, grad, śnieg topniejący na przykurzonym parapecie, ja wciąż, zwinięta na tronie własnej bezradności kpiłam z was wszystkich, szczęśliwych i beztroskich, was, umiejących z odwagą spoglądać na brutalne w swoim blasku słońce, was, ze zmarszczkami wydrapanymi w twarzach tępą motyką uśmiechu. beztroska kłuła pancerz mojego ciała, grzechem było chcieć więcej, marzyć i umieć żądać od losu choć życzliwego poklepania po skulonych w niemym uniżeniu plecach. coraz głębiej stapiałam się w drewnianym uścisku ze starym krzesłem, strącana w otchłań samotności z wyboru, we wnętrzu chorej głowy byłam nie Syzyfem, który, choć beznamiętnie, rozpaczliwie pogrąża się w absurdzie, walczy, nie, ja byłam głazem - ociężałym i bezwolnym, bez myśli i bez nadziei.


piszę o smutku, ale nie jestem smutna.
to takie małe spostrzeżenia gdy świat krzyczy feerią barw, a ja znów waruję przy biurku.
idę zrobić kanapkę z serkiem topionym i pomidorem. niech będzie święto i radość.


środa, 14 maja 2014

przepis na najbardziej schizofreniczne zdjęcia na świecie

(przeterminowana rolka + długi okres czasu bez wywołania)