środa, 24 kwietnia 2013



Świetnie, świetnie. Jutro kończę szkołę, raz na zawsze, nieodwołalnie i niezaprzeczalnie. Jak miło będzie się uwolnić od niektórych rzeczy, w końcu zrobić coś, na co mam ochotę, przeczytać książki, które chcę przeczytać, spędzić czas tak, jak tylko sobie wymarzę. Chociaż wiem, że to bardzo pozorna wolność, przenoszę się z jednej klatki do drugiej, nie mogę opisać mojej ulgi. Jednak czuję, że ta sytuacja coraz bardziej mnie dobija, bo razem z nieprzyjemnymi osobami i wydarzeniami porzucam ludzi, którzy stali się częścią mojego małego świata i nie wyobrażam sobie, jak może wyglądać moje życie bez nich. Spalam za sobą wszystkie mosty - wyjeżdżam na studia do miasta, w którym zapewne nie będzie żadnego z moich przyjaciół, zostawiam kilka ważnych osób w moim mieście, łącznie z moimi rodzicami, którzy nie zniosą tego najlepiej, ale nie widzę innego rozwiązania. Sama muszę się przekonać czego szukam w tym swoim głupiutkim życiu, co tak naprawdę chcę robić w życiu, co  interesuje mnie na poważnie. Przerażająca jest ta nieuchronność przemijania, nie chodzi mi tylko o starzenie się - mam na myśli to, jak daleko mogą oddalić się od nas ludzie, bez których kiedyś nie wyobrażaliśmy sobie życia. 

Dzisiaj, na konkursie, oberwałam przezwiskiem Adolf, ze względu na tytuł książki, którą musiałam przygotować "Przypadek Adolfa H.". A jeśli chodziło o coś innego, np. moją twarz - nie będę miała łatwego życia na studiach...



Szukajmy zalet: może znów weźmiemy się ostro do pracy nad piosenkami? To chyba jedyny jasny punkt mojej zamglonej przyszłości.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz