środa, 11 września 2013



Jestem sobie, wiszę w niebycie i macham nóżkami. W zasadzie, dobrze by było żyć, jeśli w ogóle da się żyć, w niebycie - możesz wtedy do woli zatapiać się w swojej głowie, w swoich myślach, bez obawy, że ktoś uzna cię za wariata. 

Chyba naprawdę jestem artystką, zgodnie z tym, co mówi moja mama. I nie mam tutaj na myśli bycia genialnym w danej dziedzinie, wybijania się ponad przeciętność, ubarwiania sobą szarej egzystencji - bardziej odpowiednie jest porównywanie mnie z Nimi poprzez moją nieporadność życiową, przerażenie prostymi czynnościami, strachem przed spojrzeniami, spotkaniami. Wolę się zamykać w swojej głowie, zawijać w kokon wyobraźni i ogrzewać ciepłem spokoju i wolności, choć tylko pozornej. 

Wczoraj, chcąc załatwić pewną sprawę, zawitałam na swój przyszły wydział, jednak, zanim dotarłam do celu podróży, doznałam: zawału serca, migotania komór, schizofrenii, depresji, manii prześladowczej, tików nerwowych, drżenia powieki, ślinotoku i martwicy kończyn. Nie potrafiłam dotrzeć na miejsce, poczułam się tak zagubiona i głupia wśród tych wszystkich ludzi, że dostałam jakiegoś ataku przerażenia, stanu lękowego, wszystko to stało się dosłownie w jednej sekundzie. Z tego całego przerażenia byłam mokra jak mysz  i stałam tak, nie wiedząc co mam zrobić, z drżącymi dłońmi i pustką w głowie (skłamałam, po moim umyśle niezmiennie krążyło tylko jedno zdanie - musisz stąd uciekać, jak najszybciej!). Jakimś cudem przyszedł pan szatniarz/ochroniarz i powiedział mi, gdzie mam się udać  by dojść do sekretariatu mojego wydziału. 

Tam też spotkałam byłą dziewczynę M., która jest dla mnie miła, ale tylko na tyle, na ile wymagają od niej zasady savour-vivre'u (znałam ich jeszcze jako parę, ale teraz nasze kontakty znacznie się ochłodziły, tj. nawet latem można rzucać między nami soplami lodu i śnieżkami). Może się to wydać oczywiste, ale chcąc uprzedzić wnioski, jakie możecie wyciągnąć z poprzedniego zdania, nie miałam nic wspólnego z rozpadem ich związku, mieszkałam zupełnie gdzie indziej, dopiero, gdy się przeprowadziłam do Krakowa, tj. pod koniec maja (czyli pół roku po tym, jak już nie byli razem) zaczęłam się spotykać z M. Tyle z wyjaśnień, po prostu nie chciałam, żeby ktokolwiek miał błędny obraz tej sytuacji, bo sama nie cierpię dziewczyn, przez które rozpadają się związki, wpychających się między dwójkę szczęśliwych ludzi.

I rysuję, z lepszym lub gorszym rezultatem, ale zawsze rysuję. 










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz