środa, 11 grudnia 2013





Dzisiaj mój poziom goryczy osiągnął poziom krytyczny. Zalewa mnie złość, frustracja, bezradność, wściekłość, ta mieszanka jak jakaś pieprzona fala powodziowa uderza do mojej głowy i zgniata całe wnętrze w żałosną, pogniecioną, papierową kulkę.

Na zajęcia, od czasu do czasu, przynosimy prace pisemne. Ostatnio dostaliśmy pracę trudniejszą niż zwykle, dotyczącą statystyk spędzania wolnego czasu w Polsce i we Francji - jestem w grupie dla początkujących, więc zadanie było dość trudne. Nigdy nie pisałam jakichś olśniewających prac, nie błyszczę intelektem i elokwencją, ale lubię pisać i gdy mam motywację - naprawdę potrafię się przyłożyć i zrobić to najsolidniej jak potrafię. Więc, jak ostatnia idiotka, opętana baba, przez kilka godzin pisałam wypracowanie, szperałam w słowniku, w odmianach, zastanawiałam się nad czasami... ogólnie rzecz biorąc, włożyłam w to tyle energii i umiejętności, ile tylko posiadałam. Po napisaniu pracy okazało się, że o czymś zapomniałam, więc w sumie trzy razy przepisywałam te wszystkie zdania. A wszystko po to, by pokazać, że umiem: nie wykładowcy, a samej sobie, udowodnić, że czasem (bo z pewnością nie zawsze) potrafię zrobić coś dobrze.

Dzisiaj, po 2 tygodniach od oddania prac pani prowadzącej, nasze wypracowania zostały zwrócone. Zajęcia rozpoczęły się od ogólnego wprowadzenia pt. "Napisali Państwo dobrze, więc sądzę, że poszczególne części zostały wprost ściągnięte z innych esejów, to wszystko jest podejrzane". I w tym momencie prowadząca przegląda wypracowania i mówi, że tutaj nie ma oceny i nie wie dlaczego, spogląda na swoją kartkę z ocenami i rzecze: "Pani (moje nazwisko), do Pani pracy miałam duże wątpliwości, czy przypadkiem nie powstała na podstawie innych źródeł, więc nie postawiłam Pani nic oprócz plusa" (to nie jest dokładnie to, co powiedziała, ale ogólny sens wypowiedzi został ujęty, ciężko zapamiętać coś dosłownie, gdy zalewa cię rozgoryczenie). Oczywiście, musiała to powiedzieć przy całej grupie, na głos, nikomu innemu nie zwracając podobnej uwagi. Na co ja odpowiedziałam, że ja naprawdę pisałam wypracowanie korzystając jedynie ze słownika. Oczywiście, musiała jeszcze coś tam dodać, w każdym razie wyszło na to, że moje możliwości intelektualne są tak szalenie ograniczone, że nie jestem w stanie dobrze napisać wypracowania bez masy błędów, nie umiem się przyłożyć i stworzyć czegoś ponad podstawowe, banalne zdania. Zostałam ośmieszona przy całej grupie, poniżona, ukarana za swoje chęci i ciężką pracę. Z tego wszystkiego, z żalu, przykrości, poczucia niedocenienia i upokorzenia prawie się popłakałam, nie mogłam powstrzymać tych łez które sprawiły, że powieki stały się ciężkie jak ołów i zaczęły wyrzucać pojedyncze, żałosne stróżki. Wstyd, ogarnął mnie wstyd za to, że spędziłam kilka godzin próbując napisać coś godnego pochwały. 

Podsumowując: po raz kolejny przekonałam się, że nie opłaca się starać, przykładać. Od zawsze, w swoim marnym i śmiesznym życiu, spotykałam się z tym, że wszystkie moje próby bycia coraz lepszym uczniem, człowiekiem itp. są bezwartościowe i głupie. Zostałam ukarana za przykładanie się do zajęć, ironia w najczystszej postaci, czyż nie? Osoby, które napisały gorzej dostały najwyższe oceny (bo były bardziej wiarygodne), a ja, za to, że napisałam "ZA DOBRZE" zostałam osaczona i ośmieszona. Takie rzeczy tylko w polskim systemie edukacji. Mam bardzo sympatycznego kolegę w klasie, który naprawdę jest geniuszem, słynie z pięknego języka i ogromnego intelektu, napisał świetnie i nie wzbudziło to żadnych wątpliwości. No, a ja, cóż, jestem jedynie szarakiem, przeciętną intelektualnie, głupiutką dziewczynką, niezdolną do napisania czegoś wartościowego. Nareszcie poznałam swoje miejsce w szeregu.


Przepraszam za taką ilość wyrzutów i żalów, ale nie wiem co ze sobą zrobić ze złości, gdybym tylko mogła i przyniosłoby to jakiś pozytywny efekt, chodziłabym po suficie albo skoczyłabym z okna, jednak obawiam się, że to nic a nic nie pomoże.


piątek, 6 grudnia 2013


trochę mi tęskno do zdjęć
minęły już lata świetlne
to jak otworzyć puszkę pandory




Czasem wydaje mi się, że niepokój jest wpisany w naturę człowieka. Jakimiś niewiadomymi strukturami wrasta we wszystkie tkanki, skulony siedzi w kącie ciała, może między żebrami, może za mostkiem. Bez względu na to gdzie, wciąż się ukrywa. 

Wydaje mi się, że z natury swej jest bardzo przebiegły. I złośliwy. Tylko czeka na to, by resztkami sił wyczołgać się zza kruchych kości i zacząć pogwizdywać, syczeć, tupać, drżeć, zaczepiać. Chyba lubi się bić, nie przepada za spokojem, potrzebuje ciągłych wrażeń, a wprost dziką radość sprawia mu stukanie w korę mózgu, by nawet na sekundę nie dać o sobie zapomnieć.

Oczami wyobraźni widzę jak ogarniają go spazmy przyjemności gdy człowiek wpuszcza go do wnętrza swojej głowy. Tam też rozrasta się, siedzi na swoim, utkanym z niedopowiedzeń, krwawym tronie i dowodzi kolejnymi atakami domysłów i zmartwień. Jest wręcz generałem wrogich sił, które ze wszystkich stron atakują zbyt słabe, marzycielskie dusze. Może jest wysłannikiem ciemnych mocy rzeczywistości? Może ma za zadanie sprowadzać nas na ziemię, gdy zaczynamy błogo wisieć w powietrzu, gdy tylko oderwiemy stopy od lepkiego gruntu? 



Wieczorny słowotok.
Kupiłam dzisiaj świetny miesięcznik, zwie się "Chimera". Bardzo dobra treść i fantastyczna szata graficzna. Jeśli nie wiecie na co wydać 10 zł by zrobić sobie wielką przyjemność, polecam (wiem, że złotych dziesięć to niemały wydatek, ale dzisiaj zdecydowałam się zostać swoim własnym Mikołajem.) 

I wróciłam do domu, a tam czekał na mnie prezent - Paryż - miasto sztuki i miłości w czasach Belle Epoque - co za radość, będę udawać, że wcale nie wiem, że to od rodziców! 




poniedziałek, 2 grudnia 2013

piątek, 22 listopada 2013

Człowiek w końcu znajduje czas żeby usiąść nad językoznawstwem i porządnie zakuć do poniedziałkowego kolokwium. Gdy po walce ze zmęczeniem ów człowiek znajduje jakieś resztki, ochłapy motywacji - sąsiadka z góry na cały regulator swojego telewizora puszcza mszę z obowiązkową obecnością fałszujących wiernych. W piątek o godzinie 17, dwudziestego drugiego listopada 2013. Echo jest paskudne, roznosi się po całym pokoju, wlatuje do ucha i wyrzuca z głowy wszystkich de Sausurre'ów i innych Jakobsonów - wnioskuję, że to znak od Boga o słabo ukrytym przekazie - "nie ucz się". Chyba idę spać w akompaniamencie kościelnych organów. (Dlaczego nie można mieć wyjmowanych uszu, takich jak u ziemniaka z Toy Story?)



czwartek, 14 listopada 2013



chciałabym zamilknąć
nie na zawsze, może tylko na próbę
zakleić usta i nie otworzyć przez tydzień
skonać we własnych myślach i cudzych słowach
utonąć

mam siebie dość
dość porządnie dość
czy można się jakoś ewakuować z ciała?



niedziela, 10 listopada 2013


nasz wielorybek osiadł na mieliźnie!
moje alter ego pływa po chropowatych ścianach

pustki




wtorek, 5 listopada 2013


Depresyjne obrazki/zdjęcia/rysunki z tumblr'a - zawsze dobre!

Szkoda, że nie mam czasu ich przeglądać, nie mam czasu, spać, jeść, myśleć, pisać, rysować, robić zdjęć, relaksować się, gotować, robić zakupów, wyjść z domu, nie martwić się, biegać po deszczu. Jestem zasypana nauką po szyję, a nawet po czubek głowy. Jeśli jeszcze rozważacie pójście na studia filologiczne - porzućcie wszelką nadzieję, że w czasie ich trwania będziecie wiedli normalne życie, z beztroskimi dniami. Pracy jest ogromna ilość (jeśli w ogóle można mówić o ilości, ja raczej nazwałabym to niekończącym się wzgórzem nauki) i dobrze, że jeszcze pamiętam o oddychaniu (chociaż zobaczymy jak długo). 

To jest jedna z niewielu dzisiejszych chwil, gdy robię coś niezwiązanego ze studiami. Od 5 godzin rozwiązuję zadania z gramatyki i z pewnością czeka mnie drugie tyle. Przepraszam, ale musiałam się gdzieś wyżalić, gdzieś, gdzie nie wyjdę na mazgaję (a może i wychodzę na taką ciapę, ale co mi tam, to wirtualny świat). c:



niedziela, 3 listopada 2013


jeśli ktoś niebem nazwie ziemski czas
grzecznie kłaniam się i nogi biorę w pas
skuteczne potępienie tu bez piekielnych bram


czwartek, 24 października 2013

sobota, 19 października 2013


Zdjęcia z czasu, gdy jesień jeszcze była. Teraz zwiała.

Mamy dwie nowe piosenki! Nawet nie jestem w stanie wyrazić słowami, jak wielką przyjemność daje mi tworzenie nowych rzeczy w tak wybornym towarzystwie, od razu człowiek czuje się lepiej.

dziś grawitacja jakby silniejsza
ciągnie na samo dno
dno den rozpaczy
nas niewyspanych i pobladłych
tak nieudolnie i bezustannie

za płaszcz chwyta w pełnym biegu
w gęstym powietrzu brodzi bez końca
i szepcze
i szepcze wciąż słowa bez treści
nam niewyspanym i pobladłym

list specjalny do grawitacji
niech puści mnie da myślom spać

przesyłka specjalna do grawitacji
spod palących żeber ukryty blask

bystre rzeki jak nasze spojrzenia
w których toniemy wciąż na nowo
zalani po szyję mrużąc powieki
przepadamy znów o brzasku dnia

śliskimi słowami ułamkami chwil
dajemy demonom w naszych słowach spać
zabawnie tak być oprawcą swym i katem
w martwych objęciach nocy usypiamy strach

ty sił mi daj by przetrwać noc
ty sił mi daj by przetrwać każdy nowy dzień

nich na moją twarz
spłynie jasny blask
spokoju




poniedziałek, 14 października 2013

niedziela, 13 października 2013

Mój notes z kilku miesięcy. Różne grafomańskie zabawy, ale miło to nareszcie zgromadzić do porządku w jednym miejscu. Z góry przepraszam, jeśli z zażenowania pójdzie wam krew z oczu.

we wander in the dark
with eyes closed tight
at homes instead of dust
we silently sweep our small tragedies

under a layer of powder
we cover every wound
to with the new day's come
with a morning coffee
put on a mask of joy

we live on our own
with a backpack of fears
loudly slamming the door
not to let them come in
can't sleep at night
silence pillow every whisper
that comes under our beds

My 
trybiki w maszynie
niepowstrzymanego pędu
z obłędem w oczach
przeszukujemy dziurawe
kieszenie cudzych wspomnień

My
barbarzyńcy i oszuści
pod skorupą pogardy
ukrywamy serce tchórza
wrażliwość dziecka
w pewny krok ubieramy strach

Ja
ukryty obserwator
każdego oddechu życia
wylewam na puste strony
pobladłe ze wstydu słowa
których nigdy nie wypowiem

wprowadzam się do obcego pokoju
z obcym tapczanem szafą i zimną podłogą
z przeciągiem w przerażonej głowie

muszę każdą rzecz zdefiniować na nowo
nadać nazwy kolory i kształty
by przez szarość smutku niepostrzeżenie
przebiegły ciepłe barwy wiosny naumyślnie
każdą rzecz przygarnąć każdej dać dom
wielka odpowiedzialność dla nieodpowiedzialnej

wciąż uczę się tych ścian
by za kilka lat w ciemnościach już nie błądzić
nie otwierać źrenic po granice bólu 
zapomnieć gniazdo znaleźć dom

nie wiem tylko gdzie schować mam
tęsknotę co wypycha serce
i otwiera każdą z szuflad
w której wciąż próbuję ją zamknąć

biegnąc w życiowym korowodzie
nie spóźnij się
tonąc w morzu cudzych spojrzeń
nie zgub się
ślepnąc w rzece ulicznych blasków
nie strać głowy

płyń małą prywatną łodzią
bądź sobie sterem kapitanem dziobem i masztem
rozłóż ręce ręce na środku oceanu
i płyń dalej niż sięga ludzki wzrok
(gdzie woda czuje dotyk nieba)

do wnętrza ziemi wpłyń gładko
z nieśmiałym wdziękiem cichym szumem
jak taflę wody łam przeciwności losu
co istnieją tylko we wnętrzu twej głowy

cała jestem obłokiem dzikich kształtów
zawieszona nad ziemią krążę nieustannie
czasem wkradnę się do twej filiżanki
by mimochodem wskoczyć w burzliwy krwi obieg

i w niebycie wciąż jestem machając nogami
przepływam między wami bez ułamka dźwięku
i przeminę zamknięta pod powłoką powiek
co pancerzem mi i zbroją przed więdnącym światem

...

(nie przeczytasz nigdy
słów wyrytych w mojej duszy
ostrym dłutem smutku)


Zaczęła się nauka, powrócił lęk i podrapane do bólu ciało. Jestem chyba uczulona na stres, próbuję go z siebie wyrzucić, zedrzeć, ale to chyba nie jest możliwe. 
Swoje pierwsze dni na uj opiszę następnym razem, tj. gdy już oczyszczę umysł i spróbuję przedstawić te zdarzenia w zabawny sposób, a nie żałosny i patetyczny, tak dla odmiany. :) 



sobota, 12 października 2013

Dzisiaj mój brat oświadczył się swojej dziewczynie, jestem taka szczęśliwa i po stokroć dumna! 



piątek, 27 września 2013


Krwawica dnia poprzedniego - filmik promujący festiwal Jazz Juniors.
Mój kręgosłup już skonał, w zasadzie prawdopodobnie nie mam już kręgosłupa (ale mam nadzieję, że moralny jeszcze został, choć pewnie marne ostatki), oczy wypalił ekran monitora, a głowa pękła na drobne kawałki. Ale ile radości, ile satysfakcji! 

Dziś wieczorem jedziemy na festiwal do wielkopolski, co za piękne zakończenie wakacji - po raz pierwszy od dłuższego czasu jestem tak podekscytowana, że mam ochotę skakać po ścianach i suficie!

środa, 25 września 2013


Wraz z październikiem biegnie do mnie jesienna depresja. I nie skłamię, jeśli powiem, że biegnie jak jakiś rasowy koń wyścigowy, z niebywałą prędkością.

wtorek, 17 września 2013

układam cię do snu
kołyszę najłagodniej
szelestem czarnych liter
na pogniecionym papierze
mokrym od moich łez
łagodnych smutkiem

przymykam powieki
dłońmi bez zmysłu dotyku
nasączonych miłością
omdlałych od brzemienia uczuć
a stukot w chorej głowie
odmierza czas rozłąki

ty wciąż wpadasz wsiąkasz
rozlewasz się miedzy wierszami
niepokornie uciekasz przed klatką słowa
cierpliwie przypominasz niecierpliwej
nie zamkniesz uczuć w krzyżówce liter

(choć to tak grzeszne i zachłanne
chciałabym mieć cię na własność)

sobota, 14 września 2013


Troszkę, ale tylko po cichu i w samotności, za tym tęsknię. Nie doceniamy życia, oj nie.












piątek, 13 września 2013


Urywki z życia:

" [..] Jesteś potrzebna z wielu mniej i bardziej prozaicznych powodów, zaczynając od podstawowych ludzkich uczuć, poprzez twoje patrzenie na świat, które odróżnia cię od większości ludzi, a na potrzebie bliskości i dzielenia się emocjami na pewnym głębszym poziomie z bliską osobą kończąc (i wiele innych). Prawdopodobnie jesteśmy w niektórych kwestiach na różnych poziomach (choć na pewno nie na poziomach lepszy-gorszy), ale to niczemu nie stoi na przeszkodzie. Nie ma dwóch takich samych ludzi i nigdy żaden człowiek nie zrozumie do końca drugiego, w pewnym sensie człowiek przez całe życie samotny. Dlatego tak ważna jest próba zrozumienia, empatii i wspieranie się niezależnie od tego, że ludzie są różni - ich samotność to to, co jest dla nich wspólne. [...] Całuję."

Ale wpadłam. Jak śliwka w kompot. Z wielkim pluskiem.

środa, 11 września 2013



Jestem sobie, wiszę w niebycie i macham nóżkami. W zasadzie, dobrze by było żyć, jeśli w ogóle da się żyć, w niebycie - możesz wtedy do woli zatapiać się w swojej głowie, w swoich myślach, bez obawy, że ktoś uzna cię za wariata. 

Chyba naprawdę jestem artystką, zgodnie z tym, co mówi moja mama. I nie mam tutaj na myśli bycia genialnym w danej dziedzinie, wybijania się ponad przeciętność, ubarwiania sobą szarej egzystencji - bardziej odpowiednie jest porównywanie mnie z Nimi poprzez moją nieporadność życiową, przerażenie prostymi czynnościami, strachem przed spojrzeniami, spotkaniami. Wolę się zamykać w swojej głowie, zawijać w kokon wyobraźni i ogrzewać ciepłem spokoju i wolności, choć tylko pozornej. 

Wczoraj, chcąc załatwić pewną sprawę, zawitałam na swój przyszły wydział, jednak, zanim dotarłam do celu podróży, doznałam: zawału serca, migotania komór, schizofrenii, depresji, manii prześladowczej, tików nerwowych, drżenia powieki, ślinotoku i martwicy kończyn. Nie potrafiłam dotrzeć na miejsce, poczułam się tak zagubiona i głupia wśród tych wszystkich ludzi, że dostałam jakiegoś ataku przerażenia, stanu lękowego, wszystko to stało się dosłownie w jednej sekundzie. Z tego całego przerażenia byłam mokra jak mysz  i stałam tak, nie wiedząc co mam zrobić, z drżącymi dłońmi i pustką w głowie (skłamałam, po moim umyśle niezmiennie krążyło tylko jedno zdanie - musisz stąd uciekać, jak najszybciej!). Jakimś cudem przyszedł pan szatniarz/ochroniarz i powiedział mi, gdzie mam się udać  by dojść do sekretariatu mojego wydziału. 

Tam też spotkałam byłą dziewczynę M., która jest dla mnie miła, ale tylko na tyle, na ile wymagają od niej zasady savour-vivre'u (znałam ich jeszcze jako parę, ale teraz nasze kontakty znacznie się ochłodziły, tj. nawet latem można rzucać między nami soplami lodu i śnieżkami). Może się to wydać oczywiste, ale chcąc uprzedzić wnioski, jakie możecie wyciągnąć z poprzedniego zdania, nie miałam nic wspólnego z rozpadem ich związku, mieszkałam zupełnie gdzie indziej, dopiero, gdy się przeprowadziłam do Krakowa, tj. pod koniec maja (czyli pół roku po tym, jak już nie byli razem) zaczęłam się spotykać z M. Tyle z wyjaśnień, po prostu nie chciałam, żeby ktokolwiek miał błędny obraz tej sytuacji, bo sama nie cierpię dziewczyn, przez które rozpadają się związki, wpychających się między dwójkę szczęśliwych ludzi.

I rysuję, z lepszym lub gorszym rezultatem, ale zawsze rysuję. 










niedziela, 8 września 2013



Jak wygląda szaleństwo? Jakie ma kształty, kolory, jakie jest w dotyku - chropowate czy wręcz przeciwnie, puchate i miękkie? 

Wpadam w otchłań szaleństwa, w jej, niepoznane wciąż, zakątki, które niezauważenie wciągają mnie coraz głębiej. Jakieś obce myśli wpływają wprost do mojej bezradnej głowy, panoszą się, rządzą, wiją gniazdo i bezczelnie pochłaniają każde rozsądne zdanie, które dopiero zaczyna się wykluwać. Jak opanować strach, lęk przed odrzuceniem, poczucie bycia gorszym, zdezorientowanie i przerażenie nową sytuacją? 

Jak nie dać swoim demonom, czarnym aniołom chorowitej duszy, zamienić swojego ciała i umysłu w wielki śmietnik minionych przeżyć, niespełnionych ambicji i marzeń?

Jak opętana czekam na wiadomość, która nie nadchodzi. Choć to chore paranoiczne i chore, nie mogę przestać myśleć o wiadomości, której nie dostałam i która zapewne nigdy nie powstała.




piątek, 6 września 2013

Mama od dziecka nie przestawała mi powtarzać jednego - przez życie należy iść pewnym krokiem, wyprostowanym i z podniesioną głową. Niestety, w tych trzech kwestiach sprawiłam rodzicielce ogromny zawód - każda wędrówka ograniczała się do marszu ze wzrokiem wbitym w ziemię, z zesztywniałym od uniżenia karkiem. A każde spojrzenie piekło niemiłosiernie moje zatrute winą sumienie i odciskało piętno - ja - szaleniec i dziwak.


Praga


Garść naszych wspomnień z Pragi.